Zima nieskora, by ustąpić, bierze nas na przetrzymanie i w tym mocowaniu się na czas (teoretycznie już powinno być przedwiośnie), wyraża się cała przewrotność Natury. Właśnie takie momenty pokazują, jak iluzoryczna jest nasza supremacja. Wystarczy mróz, obfitsze opady śniegu (jak na nasze zestandaryzowane kalendarzem oczekiwania), strach przed powodziowymi roztopami i już czujemy się bezradni, pryska dobry nastrój, zaczynają się podchody z depresją. Sygnały słane przez Naturę można odczytywać dwojako. Dosłownie i symbolicznie. Wtedy uświadamiają nam dwoistość, w jakiej żyjemy. Wzmacniają znaczenie naszych pragnień poprzez intensyfikację tęsknoty. Wiersz Emily Dickinson idealnie oddaje ten stan.
135.
Wody – uczy pragnienie
Brzegu – morskie przestrzenie
Ekstazy – ból tępy jak ćwiek
Pokoju – o bitwach pamięć
Miłości – nagrobny kamień
Ptaków – śnieg
(tłum. Stanisław Barańczak)
Zastanawiam się, dlaczego nowoczesna sztuka tak rzadko obiera za temat pogodę, klimat, geografię? Czy to nie dowód bezradności, a może odreagowywanie wielowiekowego podporządkowania zasadzie mimezis? A może dowód ignorancji i pychy, którą współczesny człowiek manifestuje wobec przyrody na każdym niemal kroku?