Popularność Kukiza nie jest lekarstwem. Jest symptomem choroby

Nad naszym politycznym krajobrazem unosi się transparent z żartu Marka Raczkowskiego. Nie ma w zbiorowej świadomości hasła, które lepiej oddawałoby desperację i złość. To hasło jest pojemne — jednoczy ponad ideowymi podziałami — rozmaitych niezadowolonych. Jest jednocześnie karykaturą politycznej deklaracji. Pokazuje zagubienie, alienację wyborców.

Złość na polityków, frustracja wywołana brakiem życiowych perspektyw, niechęć do mainstreamowych mediów i państwowych urzędów są pozbawione spójnej, ideologicznej formy. Nie są wyrazem takiego lub innego politycznego programu. Również teraz w wyborach prezydenckich do głosu doszedł czysty “wkurw” czyli populistyczny żywioł. Wyraża go oczekiwanie na swoisty cud, wiara w sprawczą siłę wybranej jednostki, która w mig ukręci łba hydrze, zaprowadzi porządek i ład. Zatem, weźmie odwet za nasze niepowodzenia, odmieni nasz los. Czekamy na mitycznego tatę, który sprawi lanie nękającemu nas urwisowi — natrętnemu i niewydolnemu państwu, zawłaszczonemu przez partyjną sitwę.

Transparent z “kurwą” w haśle niezmiennie towarzyszy polskiej polityce. Zmieniają się osoby trzymające drzewce, zmienia się obiekt adoracji wkurwionych. Lat parę temu manifestujący wpatrywali się z nadzieją w Janusza Palikota i wprowadzili go wraz z przypadkową drużyną na polityczne salony, skąd Palikot, na własne życzenie, skutecznie się wyprowadził. Niedawno rozbłysła — jak rzadko kiedy w ciągu ostatnich 25 lat — gwiazda Janusza Korwina-Mikke. Ekscentryczny monarchista zawdzięcza znienawidzonej przez siebie demokracji miejsce w znienawidzonym europarlamencie. Ot, jeden z paradoksów sympatii polskich wyborców. W prezydenckich wyborach nawet SLD upatruje szans w człowieku “spoza układu” — wystawił do boju szerzej nie znaną Magdalenę Ogórek. Zamiast sympatycznej pani doktor, skuteczniejszy w zagospodarowywaniu narodowego wkurzenia okazuje się Paweł Kukiz, autentyczny, zdeterminowany orędownik jednomandatowych okręgów wyborczych oraz referendów. Zajmuje w sondażowych notowaniach 3 miejsce po “przestawicielach partyjnego betonu”: urzędującym prezydencie i Andrzeju Dudzie z PiS.

Kukiz przeskoczył w sondażach barierę 10 procent. Może mieć więcej. Czy to zasługa jego skuteczności? Sprawdza się nie jako polityk — zdolny budować alianse, wcielać w życie plany — ale jako przekaźnik skumulowanej frustracji i rozgoryczenia klasą polityczną.

Zresztą jego sympatykom nie do końca chodzi o realizację konkretnych politycznych celów, lecz o “wyrzucenie z siodła, odepchnięcie od koryta lokatorów z gmachu na Wiejskiej”. Poparcie dla Kukiza jest raczej głosem przeciw niż za. Głosowanie pozytywne wymuszałoby odniesienie się wprost do programu, a to jest ryzykowane — program Kukiza łączy odległe ideowe postawy (przeanalizujcie to np. w poradniku “Latarnik Wyborczy”). W obozie sympatyków Kukiza w mig doszłoby do kłótni. Bezpieczniej jest więc zawęzić wspólną platformę do “wkurwienia” i obszernego hasła “brania sprawy w swoje ręce”. To wystarczy na teraz, sukcesu w wyborach parlamentarnych nie gwarantuje; do nich trzeba wystawić drużynę.


Rodacy wzięci pod socjologiczną lupę, od dawna wykazują problemy z polityczną samoidentyfikacją. Nie do końca potrafimy sprecyzować, jakie są nasze poglądy i kto jest wyrazicielem naszego grupowego interesu. Politologiczne badania przepływu elektoratów pomiędzy ugrupowaniami pokazują, że często wyborcy, określając swoje sympatie np. jako lewicowe, w jednym wyborach oddają głos na SLD, by w kolejnych wesprzeć PO lub PiS. I na odwrót.

Około 20 procent społeczeństwa w ogóle nie bierze udziału w wyborach. W tej grupie przeważają osoby o niskich statusie społecznym, niskich dochodach. Wpływ na życie politycznym w kraju nad Wisłą ma zaledwie 1/3 obywateli; tyle zwykło głosować. I zawsze grono osób to deklarujących było większe niż tych, którzy do lokali wyborczych się pofatygowali.

Z badań zwykło wynikać, że ponad 50 procent Polaków nie ma poczucia wpływu na sprawy publiczne. To wiele więcej niż w krajach, w których demokracja ma dłuższą tradycję. A jednocześnie, zdecydowana większość z nas nie angażuje się w aktywność na szczeblu lokalnych, która jest przejawem troski o otoczenie i własną społeczność. Jesteśmy politycznymi leniuchami, uciekinierami w prywatność.


Populistyczne ciągotki, które odzywają się co parę lat, mają charakter spazmu. Nie kumulują się w doświadczenia, które owocują nowym otwarciem: powstaniem silnych instytucji, organizacji. To cykliczne wzmożenie przypomina wyładowania podczas burzy. Po ulewie i grzmotach inaczej pachnie powietrze. Coś się na chwilę zmienia. Potem powraca duchota.

Fenomen popularności Kukiza jest przejawem choroby — pogrążone na co dzień w apatii społeczne grupy odreagowują zabetonowanie sceny politycznej i zaraz potem, rozczarowane, wycofują się w prywatność.


Za rok zmieni się asysta przy transparencie z żartu Raczkowskiego. Zapomnimy o Pawle Kukizie. I od nowa zacznie się zabawa w wypatrywanie wybawiciela, który wyręczy nas w obywatelskim zadaniu zajmowania się polityką, odwali za nas całą robotę.


Zanurkuj w Biały Szum

Nowe wpisy w twojej skrzynce e-mailowej.

Zostaw odpowiedź

To respond on your own website, enter the URL of your response which should contain a link to this post's permalink URL. Your response will then appear (possibly after moderation) on this page. Want to update or remove your response? Update or delete your post and re-enter your post's URL again. (Find out more about Webmentions.)