Wyspa Słodowa i kamienica dla kultury

Na bramie kamienicy Wyspa Słodowa 7 wisi sądowe pismo adresowane do jednego z lokatorów. Ślad po nim urwał się w tym miejscu. Z wybebeszonych skrzynek w holu sterczą broszury reklamowe, bankowa korespondencja, ponaglenia do zapłaty długów. Piętro powyżej na drzwiach widnieje kredowa pamiątka z Trzech Króli, K+M+B 2009. Od kilku lat w kamienicy nie ma żywego ducha. Zżera ją grzyb i wilgoć. Ciekawe wedle jakich urzędowych pism, planów i decyzji ułożą się dalsze losy budynku.

Wyspa Słodowa (17)

wyspa 11

W sierpniu 2014 roku władze miasta wystawiły kamienice na sprzedaż, oczekując od nabywcy co najmniej 7 mln złotych. Nikt się nie zgłosił. Dziś poza murami Urzędu Miejskiego rozgorzała dyskusja, co z ponad stuletnim budynkiem począć i co zrobić z przestrzenią wokoło, która dla wielu wrocławian jest miejscem spotkań, piknikowania i koncertowania. Taki jest genius loci tego miejsca i trudno z tym walczyć. Prezydent Wrocławia ostatnio znów deklarował, że Wyspy nie zamierza prywatyzować. Z drugiej jednak strony, poza deklaracjami są konkretne decyzje czyli zamykanie terenu na noc, zakaz organizowania dużych koncertów.

List i petycja – sygnowane przez społeczników, artystów, kuratorów sztuki skupionych wokół Grupy Inicjatywnej WS 7 – odnosi się do tego kontekstu i przynosi propozycję, by Wyspę Słodowa uspołecznić. A zatem kamienicę zamienić w centrum społeczno-kulturowe, niejako dowód na to, iż cały teren pozostanie przestrzenią publiczną. Trudno wyobrazić sobie realizację wizji, jeśli kamienicę wraz z działką kupi hotelarz.

Po otrzymaniu listu otwartego prezydent Rafał Dutkiewicz wstrzymał tymczasowo decyzję o prywatyzacji kamienicy. Dał do zrozumienia, że rozważa inny scenariusz lub po prostu się waha.

Akcja z petycją w sprawie Wyspy Słodowej trochę pokrzyżowała szyki magistratowi. Owszem obecna atmosfera nie sprzyja ogłaszaniu kolejnego przetargu, ale zarzucanie knowań i niecnych intencji społecznikom byłoby grubym nadużyciem. Wszak o budynek nie rywalizują inwestorzy. W kamienicy przecieka dach, straszą wybite okna. Gmach niszczeje, nieogrzewany kolejną zimę.

Skarbnik miasta pewnie zapisał w budżetowych planach te kilka milionów ze sprzedaży budynku. Czy jednak dbałość o finanse musi być jedynym kryterium decyzji podejmowanych przez władze miasta, zwłaszcza jeśli chodzi o sferę kultury, związaną żywotnie z obywatelskością?

Podnoszone są głosy, że aktywiści, społecznicy, nie mają pieniędzy żeby nieruchomość doprowadzić do stanu używalności. A to oznacza, że na remont potrzeba gotówki z miejskiej kasy. Jak sugerują niektórzy, mamy do czynienia ze spełnianiem zachcianek, fanaberii wąskiej grupy, która sobie obiekt upatrzyła.  Z takimi zarzutami i punktem widzenia nie sposób polemizować, gdyż zawierają element dyskredytacji. Nie ważne, że ktoś akcentuje problem i sugeruje rozwiązanie, działa i gromadzi zainteresowanych w celu wypracowania modus vivendi, że odwołuje się do demokratycznego i partycypacyjnego kanonu troski o dobro wspólne. Najistotniejszy chyba argument sprowadza się do konkluzji: kto ma walizkę pieniędzy, intencje czyste jak łza, temu przysługuje głos i należyta uwaga decydentów.

Swoją droga, jeśli zgodzimy się z poglądem, że inwestowanie w kulturę i aktywizacja wrocławian to nadmierny wydatek, ba, nawet zbytek, to jak nazwać to, co dzieje się w związku z Europejską Stolicą Kultury? Wywalanie pieniędzy w błoto?

***

Z biurokratycznej perspektywy – która odnosi się do rozmaitych instytucji – problemem staje się każda aktywność generowana poza jej murami, a która z zakresem działalności instytucji ma jakiś związek. Biurokracja postrzega problem nie jako zadanie, lecz zagrożenie: kompetencje, fachowość są kwestionowane, autorytet podważany. Trzeba działać i nawykowa biurokratyczna reakcja polega przede wszystkim na skanalizowaniu i wyciszeniu problemu.

Są w ramach każdej instytucji siły i mechanizmy, które trzymają biurokratyczne tendencje w ryzach. To mechanizmy konsultacji społecznych, transparentność, kadencyjność władz, kontrola społeczna, wreszcie, model zarządzania nastawiony na budowanie relacji z obywatelami. Reakcja na społeczną inicjatywę dotyczącą Wyspy Słodowej to zatem poważny test.

Wizytówką Wrocławia i kołem zamachowym rozwoju miasta były ostatnio przede wszystkim duże przedsięwzięcia wymagające technokratycznego podejścia. Tak było w przypadku  np. Euro 2012. Częściowe wynikało to z rygorów i warunków narzuconych przez UEFA. Spontaniczność i aktywność wrocławian definiowano w kategoriach karnawału, dla którego rezerwowano miejsce w strefach kibica  i na stadionowych trybunach. Technokratyczny rozmach i planowanie przyniosły owoce w postaci nowego lotniska, obwodnicy, stadionu.

Wielkimi krokami zbliża się ESK 2016. Jaką wagę przywiązuje się w tym wydarzeniu do społecznej aktywności wie każdy, kto śledzi deklaracje organizatorów i zapoznał się z programowym dokumentem, aplikacją.

O ile EURO 2012 było w zamyśle i w realizacji niemal każdego detalu technokratycznym wyzwaniem, manifestacją iście korporacyjnej sprawności, Europejska Stolica Kultury jest tej strategii i logiki prawie zaprzeczeniem, niemal kontestacją. Wyrasta z innego ducha.

Jeśli uznamy założenia wpisane w aplikacji za drogowskaz, kamienica i Wyspa Słodowa mogą być terenem kulturowego autonomicznego przedsięwzięcia wpisującego się w ramy święta i edukacyjnego projektu. Ten eksperyment może być czymś więcej niż przejawem kreatywności, powinien wykroczyć poza horyzont 2016 roku. Może być rodzajem szkoły, w której współdziałania – na innych zasadach – uczą się wrocławianie, społecznicy, artyści, urzędnicy.

Tak pomyślane centrum społeczno-kulturalne ma bazować na oddolnej aktywność różnych sferach i ludzi różnych profesji. W dużej części aktywność ma się samofinansować. Stąd nacisk na ekonomię społeczną. Pomysłów jest wiele: pracownie rzemieślnicze i artystyczne, gastronomia, projekty open source, sale wystawiennicze i dla terapii zajęciowej, pokoje noclegowe dla przyjezdnych artystów i naukowców, galerie, sala koncertowa i teatralna, świetlica środowiskowa. Przenikanie się tych różnych praktyk, działań, procesów jest –  gdy myśli się o kulturze –  czymś naturalnym i wielce pożądanym. W tym kierunku idzie myślenie Grupy Inicjatywnej WS7.

Czy oznacza to tworzenie kolejnego bytu uzależnionego do kroplówki z gminną kasą? W pewnym zakresie tak, bo to magistrat ma fundusze i środki techniczne, aby np. załatać przeciekający dach lub osuszyć zagrzybione pomieszczenia. A cała reszta? Każda działalność społeczna polega na inwestowaniu pieniędzy, czasu, energii, kreatywności. Nie byłoby pozytywnych zmian na Nadodrzu, gdyby zabrakło ludzi z pomysłami, gotowymi podjąć ryzyko. Dzięki takim postawom rewitalizacja staje się normalną praktykę, nie ograniczoną do wymalowanych fasad i zagospodarowanych podwórek.

W piśmie do władz miasta w sprawie Wyspy Słodowej zawarty jest apel o odważną i perspektywiczną decyzję. Nikt nie oczekuje od prezydenta Wrocławia machnięcia czarodziejską różdżką, ani prezentów pod choinkę. Oczekuje zmiany myślenia, wyjścia poza schemat, o którym wzmiankowałem powyżej.

Swoją drogą, niezależnie jak wiele wyjątkowych pikników, społecznych akcji będzie nadal na Wyspie organizowanych pod auspicjami Urzędu Miasta, jest coś kuriozalnego w fakcie, że ich tłem jest kamienica, która dla decydentów stanowi balast, której najlepiej byłoby się pozbyć.

Pojawiły się głosy, że przecież na Nadodrzu jest wiele miejsc o podobnych charakterze. Niektórzy wyliczają ileż to centrów, miejsc spotkań utworzono w ostatnich latach.To fakt, z którym nie ma co dyskutować. Takie miejsca działają, realizując ambitne projekty. Nie są to sensu stricto otwarte przestrzenie, lecz zorientowane na konkretne zagadnienia i sprawy. Profesjonalizacja, specjalizacja, skupienie się na efektywności , pozostawiają niewiele miejsca na spontaniczność, na ryzyko kulturotwórczego eksperymentu. Owe rozproszone po mapie Śródmieścia miejsca nie mają potencjału, którym emanuje Wyspa Słodowa. Może za jakiś czas, gdzieś, na bazie doświadczeń w którymś z tych miejsc, genius loci się objawi. Trzymam kciuki.

Rodzących się spontanicznie pomysłów, twórczego napięcia, nie da się ujął w formalne tryby. Urzędowa pragmatyka i kulturotwórcze procesy to odrębne obszary, między którymi rozciąga się nieostra przestrzeń. Ważny jest dialog, wymiana myśli, szukanie punktów wspólnych, bez kwestionowania odrębności. Tak tworzy się to, co kulturowo cenne. A to, co cenne nie należy biurokratyzować.

Pomysł uspołecznienia Wyspy nie narodził się w murach Urzędu Miejskiego, ale gdyby tak było, gorąco bym mu przyklasnął, a nie szukał dziury w całym. On rozwiązuje realny problem (dowodem jest niszczejąca kamienica), a nie problem tworzy.

W 1964 roku, ponad 50 lat temu, Teatr Laboratorium wynosił się z Opola, nie mógąc tam rozwinąć skrzydeł. Przygarnął go Wrocław. Kto wówczas przewidywał, czym Teatr stanie się dla Wrocławia? Kto przelicza to na pieniądze?

***

Uczestniczę w pracach Grupy Inicjatywnej WS 7. Ale tu prezentuje swoje osobiste spostrzeżenia.

.


Zanurkuj w Biały Szum

Nowe wpisy w twojej skrzynce e-mailowej.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

To respond on your own website, enter the URL of your response which should contain a link to this post’s permalink URL. Your response will then appear (possibly after moderation) on this page. Want to update or remove your response? Update or delete your post and re-enter your post’s URL again. (Find out more about Webmentions.)