Ballard: apokalipsa jest powszechna i tania

To nie jest porywająca proza. Nie powala stylem i bywa, że ma czytankową narrację. A jednak książek Ballarda mam na półce osiem. Frapują bezpretensjonalnością scenariuszy przyszłości, komiksowo kreślonych, które majaczą w sugestiach, intuicjach, przeczuciach. Są na wyciągnięcie ręki. Jak gazeta, jak telewizyjne reportaże. Są tak blisko, że kuszą pytaniem: a jeśli zaraz to wszystko trafi szlag, co się wydarzy potem?

Ballardowskie wizje żywią się atawizmem i plemiennością. One wyrywają się na wolność i zmuszają sytego mieszczucha do konfrontacji z galopującą dystopią. Z tego starcia, rozsadzającego kruchy i iluzoryczny porządek świata, mało kto wychodzi cało. Po tej kraksie nie ma zresztą do czego wracać.

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=6eQHVF9Xuc8&hl=pl&fs=1&]

Wyobraźmy sobie miasto nagle – i na długo – pozbawione prądu. Czy centra handlowe nie zamieniłyby się w pole walki samozwańczych klanów, a dobrze znana przestrzeń w dżunglę? Czy stacje tv, które zwykły na chłodno, z wrodzonym profesjonalizmem, relacjonować dramaty i katastrofy, i ten scenariuszy nie zamieniłyby w dochodowe widowisko?

***

Ballard wywarł znaczący wpływ na poszukujących muzyków. I jest to źródłem paradoksu, bowiem, gdyby nie fascynacja Thoma Yorka neurotycznymi ballardowskimi motywami, pewnie w Polsce byłby on kojarzony głównie z „Imperium Słońca”.

The Klaxons sięgnęli po “Myths of the Near Future” i nazwało tak swój płytowy debiut. O okołoliterackich aspektach pisze wyczerpująco Marcin Świerczek w Niedoczytaniach. Polecam.

Jestem świeżo po lekturze „Witaj, Ameryko” („Hello America). Kieszonkową książeczkę przerobiłem w mig, nim rozpadła się w dłoniach.
Tytułowa Ameryka też się rozpadła: dobita globalnym kryzysem, który my – szczęściarze – ledwie liznęliśmy z ekranów tv. Leitmotivem powieści jest naukowa wyprawa mająca eksplorować zniszczony kontynent. A zaludniają go: Charles Manson, wszyscy historyczni prezydenci razem wzięci, Meksykanie uzbrojeni po zęby. Nie brakuje lewitującej Marilyn Monroe i Johna Wayne’a w kowbojskim kapeluszu, na dokładkę. Na stronicach roi się od amerykańskich ikon, kinowych i korporacyjnych symboli, lecz wariacko potraktowanych przez Ballarda; wszystko więc wydaje zarazem i realne, i groteskowe. Nie zdradzą niczego więcej, aby nie pozbawić przyjemności z lektury.

Teraz szukam kieszonkowego wydania „Kokainowych nocy”. Mogłem kupić z drugiej ręki, za jedyny 6 złotych.

Zanurkuj w Biały Szum

Nowe wpisy w twojej skrzynce e-mailowej.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

To respond on your own website, enter the URL of your response which should contain a link to this post’s permalink URL. Your response will then appear (possibly after moderation) on this page. Want to update or remove your response? Update or delete your post and re-enter your post’s URL again. (Find out more about Webmentions.)